• Rafał Zbrzeski

(Niekoniecznie) na sen

Zaktualizowano: paź 27

Zgodnie z popularnym zaleceniem zdrowotnym dorosły człowiek powinien poświęcać na sen od siedmiu do dziewięciu godzin na dobę. Członkowie kwartetu !Mofaya! może i sypiają długo, ale jeśli sugerować się muzyką z ich debiutanckiego albumu, nocny wypoczynek tej czwórki do spokojnych nie należy.


!Mofaya! - Like One Long Dream

/Trost, 2021/


Skład !Mofaya! stanowi przedłużenie działalności duetu saksofonisty Johna Dikemana i perkusisty Aleksandara Škorica. Obaj bardzo chętnie nawiązują współpracę z innymi artystami, nic więc dziwnego, że zespół rozrósł się do rozmiarów kwartetu, do którego zaproszeni zostali: trębaczka Jaimie Branch i basista Luke Stewart. W tym składzie 17 listopada 2019 roku w Amsterdamie zarejestrowany został koncert, którego zapis znalazł się na debiutanckim krążku grupy zatytułowanym Like One Long Dream.


Muzyka, którą prezentuje !Mofaya! to czystej wody współczesny free jazz. Od razu da się zauważyć, że zespół gra z dużym luzem, a muzycy skupiają się przede wszystkim na wyrzuceniu z siebie energii. Na Like One Long Dream nie ma miejsca na wymyślne eksperymenty lub wprowadzanie w życie muzyczno-filozoficznych koncepcji. Przebieg akcji został oparty bezpośrednio na organicznej zespołowej improwizacji. Sporo tu momentów naprawę ostrego, pełnego werwy grania, choć zdarzają się i nieco bardziej wyciszone fragmenty. Płytę rozpoczyna długi, bo trwający ponad dwadzieścia siedem minut utwór Your Country. Pięć pierwszych minut trwania kompozycji zostało szczelnie wypełnione obłędnym dwugłosem saksofonu i trąbki oraz dudniącą pracą sekcji rytmicznej. Po upływie tego czasu zespół nieco zwalnia a na pierwszy plan wysuwają się Branch i Stewart. Trębaczka zaczepia się ze swoją improwizacją o wyeksponowaną, poszarpaną partię basu. Po chwili dołącza Dikeman, który wyraźnie podkręca tempo i temperaturę gry, a zespół ochoczo idzie jego śladem. Niepodziewanie zgiełk milknie by ustąpić pola dźwiękom o nieco bardziej sonorystycznej naturze, jednak po kilku minutach muzycy wracają do poprzedniej intensywności. Od czasu do czasu rozrzedzają jeszcze gęstwinę dźwięków, ale do końca utworu pozostają przy freejazzowych środkach wyrazu.


The Tank rozpoczyna się od spokojnej, zbudowanej z rzadko porozrzucanych nut, kontrabasowej introdukcji, w którą leniwie włącza się perkusja. Podczas gdy w tle słychać różnej maści przeszkadzajki, równie niespiesznie do całości dołącza saksofon. Dikeman, choć tym razem nie zwiększa tempa gry to wyraźnie ciąży ku zaostrzeniu brzmienia, z wolna wspinając się w wysokie rejestry swojego instrumentu. Trąbka Branch wyłania się gdzieś z drugiego planu mniej więcej na wysokości szóstej minuty trwania utworu i stopniowo nawiązuje dialog z saksofonem kreśląc coraz ciaśniejsze pętle. Z czasem rytmika zdaje się przybierać bardziej zorganizowany kształt, a Amerykanka podsyca ogień zespołowej improwizacji coraz mocnej odlatując. Dikeman sprawia wrażenie jak gdyby tylko na to czekał, bo po kilku minutach popisu trębaczki ochoczo włącza się do akcji. Kwartet finiszuje w The Tank wspólną freejazzową galopadą i błyskotliwymi dialogami instrumentów dętych, które wyciszają się stopniowo w ostatnich minutach utworu. Pozwala to złapać oddech przed finałowym Wake Up!, które rozpoczyna się od potężnego ciosu zadanego jednocześnie przez wszystkich członków składu. Po owym „budziku”, który zerwałby na nogi umarłego - następuje chwila na przeciągnięcie się i rozruszanie kończyn. W grze Branch i Dikemana słychać echa klasycznego jazzowego soundu, którym rzecz jasna ta dwójka znakomicie się bawi, kończąc występ jeszcze jednym świetnym dialogiem.


Like One Long Dream wprost kipi od emocji, różnorodności pomysłów i radości grania, co nieco wbrew tytułowi czyni ten album słabym kandydatem na płytę służącą wieczornemu wyciszeniu. W innych okolicznościach - słucha się znakomicie.




48 wyświetlenia0 komentarz

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie

Tu i tam